Śląska suita na Czarnym Lądzie, czyli... Taniec z zapachem jaśminu

Wsiadając do samolotu powtarzałam sobie praktyczne rady, jakie dostałam od znajomych i rodziców: nie chodź sama, zawsze trzymaj się grupy, pij tylko przegotowaną wodę, głowa zawsze ma być przykryta itd. Po czasie okazało się, że nie uprzedzili nas o jednym - lecimy przez obszar stałych turbulencji (plus burza w obie strony). Dodatkowe wrażenia były więc zapewnione, a papierowe torebki okazały się dla wielu niezbędne.

Studencki Zespół Pieśni i Tańca "Katowice" (Uniwersytet Śląski) skorzystał w tym roku z zaproszenia na Międzynarodowy Festiwal Folklorystyczny w Tunezji. Jedziemy! - jak cudownie usłyszeć to słowo po czterech godzinach czekania. Nasi zmęczeni tunezyjscy opiekunowie ze zdziwieniem obserwują, jak radośnie wchodzimy w samo południe do autokaru bez klimatyzacji. Co tam udar słoneczny! Ruch, zwiedzanie, pływanie - dopiero teraz czujemy wakacje.
Jak się okazało po przybyciu na miejsce, Europa była reprezentowana jedynie przez Polskę i Hiszpanię. W ramach Festiwalu odbyło się pięć koncertów, które trwały po dwie godziny każdy. Z występami Zespół objeździł cały Sfax - drugie co do wielkości miasto w Tunezji. Dla tych, którzy pojawili się na widowni, wielobarwne stroje, ukazujące się w obrotach halki, a przede wszystkim wspólny taniec chłopców i dziewcząt, był z pewnością zaskakującą odmianą kulturową. Uroku i niesamowitości dodawała tańcom późna pora - koncerty odbywały się między godziną 23. a 2. nad ranem.
Polakom Tunezja kojarzy się z bujnymi palmami, niesamowitych rozmiarów kaktusami, nadmorskimi kurortami i oczywiście charakterystyczną architekturą - białe domy, liczne meczety. A zaraz potem z gorącym klimatem i chorobami czyhającymi na każdego turystę. Organizatorzy naszego wyjazdu zadbali jednak o to, by Tunezja odkryła przed Zespołem "Katowice" nie znane przeciętnemu europejskiemu turyście oblicze. Już sam lot wskazywał na to, że będą to nietypowe wakacje.

Przywitanie kwiatem miłości



Lotnisko w Monastirze wita nas odurzającym zapachem jaśminu - kwiatu miłości według Tunezyjczyków. Każdy dostaje swoją wiązankę, która zasuszona wróci z nim do Polski. Próbujemy uchwycić jak najwięcej pierwszych wrażeń - lot trwał tylko 2,5 godziny, ale to przecież Afryka.
Organizatorzy zadbali o "ciekawe" miejsce zakwaterowania: żeńskie akademiki okazały się dla wszystkich zaskoczeniem. Mieszkamy na trzecim piętrze, chociaż jesteśmy jedynymi lokatorami. Chyba zbyt wolno oswajamy się z tutejszymi zwyczajami. Pochmurne nastroje rozjaśnia wstające nad Tunezją słońce i pierwsze wycieczki. Po paru dniach czujemy się jak wśród swoich. Tunezja odkrywa się przed nami w świetle nieznanym dla większości wycieczek - wraz ze swoją barwną kulturą, religią, zwyczajami i serdecznością zamieszkujących ją ludzi.

Wesele w ogrodzie



Zespół "Katowice" został zaproszony między innymi na tradycyjne wesele muzułmańskie. Ceremonia trwająca kilka dni już po kilku pierwszych chwilach zmienia się w wielkie święto na świeżym powietrzu. Ożywa tonący w zieleni ogród pełen rozbawionych gości. Po przywitaniu z rodziną państwa młodych czujemy się jak przyjaciele domu, a nie jedna z atrakcji uroczystości.
Jak się dowiadujemy, w dalszym ciągu ściśle przestrzega się tradycji - kontrakt ślubny podpisywany jest w meczecie tylko w obecności pana młodego. Decydując się na małżeństwo z Tunezyjczykiem panna młoda z innego obszaru kulturowego musi wykazać się nie lada odwagą i cierpliwością. Pomijając czas trwania samej ceremonii, ciężar stroju panny młodej i inne próby, którym poddawana jest para, dodatkowo noc poślubna jest przewidziana dopiero w czwartym dniu wesela...
Z własnej woli i ku ogólnemu zaskoczeniu opiekunów Zespół korzystał także z innych charakterystycznych dla Tunezji atrakcji. Spacery po medinie - miejscowym targu, który nie ma dla turysty początku ani końca, stały się nieodłącznym elementem każdego dnia. Gubiący się w trakcie zakupów członkowie "Katowic" wprawiali swoich opiekunów-przewodników w lekkie ożywienie, na szczęście w porze obiadowej zjawiali się cali i zdrowi.
Przyciągało z tą samą siłą zaskakujące każdego dnia menu. Tradycyjna baraninka, przyprawy, po których oddech potrafiłby rozpalić ognisko, liczne sałatki i mniej znane dodatki uatrakcyjniały posiłki. Obowiązkowe było także towarzystwo kotów, których życie, ze względu na ich stałą obecność w jadalni, stawało się coraz bardziej zagrożone.

pMorza szum, ptaków śpiew



Tak chłodnego lata, ok. 40 stopni C, nie pamiętali najstarsi Tunezyjczycy. Prawdziwie wakacyjna atmosfera dawała się jednak odczuć, gdy raz po raz wynurzał się spośród fal opalony ratownik. By przybliżyć lądowym szczurom morze, gospodarze zorganizowali przejażdżkę promem na Wyspy Kerkena. Prawie nie zamieszkane, połączone groblą wybudowaną przez starożytnych Rzymian, urzekały prostotą.
Kolejne wrażenia - miasto troglodytów. Wykute w skałach mieszkania kusiły chłodem ścian, aż trudno było uwierzyć, że na zewnątrz panuje temperatura ponad 50 stopni C. Miasto na skraju pustyni, w którym kręcone były zdjęcia do filmu "Gwiezdne Wojny", ledwo wystawało nad powierzchnię ziemi. W wielu miejscach jedynie anteny telewizyjne dawały znać, że mieszkają tam ludzie. Fantazyjnie zawinięci w prześcieradła przypadkowo staliśmy się atrakcją dla przejeżdżającej na wielbłądach europejskiej wycieczki - grunt to dobra charakteryzacja.

Taniec w pocie czoła



Nadchodzi godzina jedenasta w nocy, a z każdej strony dobiegają nerwowe okrzyki: gdzie są moje kierpce, gdzie jest mój warkocz, czy ktoś widział moją halkę? To znak, że za chwilę zaczyna się występ Zespołu "Katowice". Widownia lekko przysypia kołysana wieczornym wiatrem, ale pierwsze dźwięki skocznej muzyki obudzą każdego. Najpiękniejsze, co może nas spotkać - gospodarze bawią się z nami, Dorota tańczy na scenie z jednym z nich. Teraz nieważny jest pot spływający z czoła, zawroty głowy z wysiłku - przyjazna atmosfera pomaga wytrwać na scenie do końca. Przygotowaliśmy niespodziankę: śpiewamy po arabsku pieśń chwalącą Boga "Alla, alla ya baba, Sidi mansur ya baba...". Prosimy w myślach o udany do końca pobyt w tym pięknym kraju. I szczęśliwy powrót do domu.

BARBARA WŁODARCZYK

DZIENNIK ZACHODNI nr 184, 8 sierpnia 1997 r.