Mamy za sobą ponad
dwadzieścia jeden godzin podróży, z czego trzynaście
spędziliśmy "w chmurach". W Polsce właśnie
rozpoczął się nowy dzień, dla nas słońce jeszcze
nie zaszło. Tym razem położymy się spać o dziewięć
godzin młodsi. Taką różnicą czasu przywitało nas
bowiem Los Angeles, miasto, w którym rozpoczęła się
nasza przygoda z... Meksykiem.
Sącząc
tequilę
Coroczne
uczestnictwo w organizowanych na całym świecie
międzynarodowych festiwalach folklorystycznych
umożliwiło Studenckiemu Zespołowi Pieśni i Tańca
KATOWICE poznanie po raz kolejny innej kultury, kraju,
narodu.
Nadjeżdża autobus, a w nim nasi piloci, członkowie
Zespołu Folklorystycznego "Ticuan", na
zaproszenie którego tutaj jesteśmy. Do pokonania
pozostał już tylko ostatni odcinek drogi - kierujemy
się do Tijuany. Przez najbliższe dni to miasto będzie
naszym domem.

Tijuana sąsiaduje z San Diego, gdzie również
zaplanowano dwa dni koncertowe. "Jeśli chcesz
robić rzeczy, których nigdy nie robiłeś, zobaczyć
to, czego nigdy nie widziałeś. Jeśli lubisz zabawę i
mocne wrażenia, mamy dla Ciebie tylko jedno słowo -
Tijuana" - w taki sposób foldery zachęcają do
spędzenia tu wakacji.
Hotel "La Messa Inn", w którym zostaliśmy
zakwaterowani, zaskoczył wszystkich girlandami kwiatów,
oplatającymi niemal każdą balustradę. Mało kto się
spodziewał, iż każdy posiłek, zamiast w hotelu
serwowany będzie w innej meksykańskiej restauracji.Kulinarne
atrakcje
Najszybciej przyzwyczailiśmy się do popularnych
delikatnych w smaku tortillas, podawanych zamiast
pieczywa, praktycznie do każdego posiłku. Możliwości
łączenia smaków w kuchni meksykańskiej okazały się
wprost nieograniczone, np. naleśnik z mięsem (na ostro)
z dodatkiem bitej śmietany (na słodko). Oczywiście nie
mogłoby zabraknąć tradycyjnej tequili. Już podczas
pierwszej kolacji wprowadzono nas w tajniki rytuału
picia tego alkoholu. Sposobów jest kilka, przy czym
najbardziej oryginalne są dwa: jedna łagodna - z solą
i cytryną, a druga dla tych, którzy preferują
mocniejsze wrażenia - bez jakichkolwiek dodatków.
Miasta, w których zaplanowano koncerty festiwalowe,
odkryły przed nami coś więcej. Ensenada zawsze już
będzie nam się kojarzyła z niesamowitymi morskimi
gejzerami, które wyrzucają wodę na wysokość ponad
osiemnastu metrów. Rosarito nad oceanem - z uroczą
plażą, którą można przemierzyć na wypożyczonym na
miejscu koniu. Zespół KATOWICE odwiedził także
Mexicali - stolicę stanu Baja California, gdzie
mieliśmy okazję spotkać się z władzami miasta.
Każdy dzień przynosił nowe
wrażenia. Coraz wyraźniej odczuwaliśmy, że Meksyk to
nie tylko piękny, atrakcyjny turystycznie zakątek
Ameryki, gdzie spotkasz Metysów i Indian, gdzie kupisz
pstrokate sombrero czy oryginalną tequilę. Meksyk to
także uśmiechnięte dzieci w kolorowych mundurkach,
które przypinały nam własnoręcznie wykonane plakietki
"Mexico 98", kiedy odwiedziliśmy je w szkole.
To również staruszek, grający dla nas meksykańskie
przeboje w jednej z restauracji i zarabiający w ten
sposób na życie. Chociaż czasu było tak niewiele,
udało się nam odkryć Meksyk taki, jakim jest na co
dzień.
Daliśmy jedenaście koncertów, większość trwała
około godziny. Program był więc bardzo napięty,
dodatkowo we znaki dawała się zmiana strefy
klimatycznej i czasowej. Nasze koncerty przyjęto
wspaniale. Występy miały różnych odbiorców, jednak
satysfakcję przynosiły zarówno te tańczone w szkole,
dla kilkuletnich dzieci, jak i te w teatrach Mexicali i
Tijuany, z wielkimi scenami i tłumami publiczności.
Nigdy nie zapomnę widoku tancerzy Zespołu
"Ticuan", którzy przed wejściem na scenę
wykonywali znak krzyża. Jakże inne było nasze
podejście do występów. Oni - skupieni, robiący w
ciszy rozgrzewkę, my - hałaśliwi, próbujący
zagłuszyć tremę dowcipami i rozmową.
San
Diego po polsku
W tym miejscu warto również wspomnieć o dwóch
koncertach, które Zespół "Katowice" dał w
San Diego (USA), podczas festiwalu zorganizowanego przez
amerykańską Polonię. Byliśmy w USA, a z wszystkimi
rozmawialiśmy po polsku, jedliśmy nasze tradycyjne
polskie potrawy: gołąbki, bigos, placki ziemniaczane,
sernik, makowiec. Rodziny polonijne, u których
spędziliśmy ten czas, starały się nam pokazać
najróżniejsze oblicza San Diego.
A wieczorem - koncert. Nie obyło się bez łez
wzruszenia wśród publiczności, bez wspólnego
śpiewania tych piosenek, które przywieźli ze sobą
nasi rodacy, piosenek, których nigdy się nie zapomina.
Z naszego stoiska szybko znikały różne drobiazgi -
czapeczki krakowskie, drewniane pisanki, lalki w strojach
ludowych. Każda taka rzecz przypomina przecież rodzinny
kraj.
Wracamy do Meksyku, do Tijuany. Gospodarze przygotowali
dla nas kolejną niespodziankę. Mamy także możliwość
uczestniczenia w rodeo. Ujeżdżanie byka z pewnością
nie jest łatwą sztuką. Ci, którzy nie do końca
wierzyli, mogli się przekonać próbując dosiąść...
osła. Śmiałkowie ci nigdy już chyba nie nazwą go
zwierzęciem spokojnym.
Ostatni dzień spędziliśmy słuchając szumu oceanu,
rozkoszując się lenistwem. Sącząc pich-tequilę,
przygotowywałam się do powrotu.
Podróż do Polski zajęła nam ponad czterdzieści
godzin, wliczając w to także kilkugodzinny pobyt w Los
Angeles. Dotarliśmy do Hollywood, przeszliśmy Aleję
Gwiazd, która w rzeczywistości nie robi takiego
wrażenia, jak mogłoby się wydawać. Słynny napis
Hollywood podziwialiśmy jedynie zza szyb autobusu,
podobnie jak Beverly Hills wymarłe dla oczu
przejeżdżających turystów.
BARBARA
WŁODARCZYK
DZIENNIK ZACHODNI nr 305, 31 grudnia 1998 r.