Węgry - Budapeszt 2003
Pomysł,
aby Studencki Zespół Pieśni i Tańca "Katowice" odwiedził
Budapeszt, narodził się praktycznie dwa lata temu - podczas Festiwalu
Folklorystycznego w Györ, w którym jako gość-obserwator uczestniczyła
przedstawicielka Uniwersytetu Śląskiego w Katowicach - Dorota Szczurek.
To właśnie ona nawiązała pierwsze kontakty z przedstawicielami mniejszości
polskiej na Węgrzech. Ruszyła machina urzędowych pism, wysłano zespołowy
folder, kasetę video - niewielką próbkę tego, co zobaczyć można na
żywo, podczas koncertu. Rok później, Zespół "Katowice" uczestniczył
już w obchodach "Dni Polskich", zorganizowanych dla przedstawicieli
mniejszości polskiej z terenu Györ. Już wtedy wiadomo było, że wyjazd
do Budapesztu jest jedynie kwestią czasu.
Podczas rozmów, prowadzonych pomiędzy Uniwersytetem Śląskim, a stroną
węgierską, najczęściej pojawiał się jeden termin - grudzień ub. roku
- Zespół "Katowice" miał bowiem swoim występem uświetnić
Bal Noworoczny. Do wyjazdu doszło jednak dopiero kilka miesięcy później.
Dokładnie - 25 czerwca br., na zaproszenie Ogólnokrajowego Samorządu
Mniejszości Polskiej na Węgrzech oraz ambasady RP na Węgrzech, Studencki
Zespół Pieśni i Tańca "Katowice" wyruszył w podróż, której
głównym celem był Budapeszt. Zanim tam jednak dotarł, czekała go krótka
wizyta w Pécsu, gdzie wystąpił podczas "Dni Polskich", zorganizowanych
przez największą organizację polonijną na Węgrzech - Ogólnokrajowy
Samorząd Mniejszości Polskiej, a także przez ambasadę RP na Węgrzech.
To właśnie tutaj, zaledwie trzy godziny po przyjeździe na miejsce,
odbył się pierwszy podczas tego wyjazdu koncert Zespołu "Katowice",
a jego członkowie mieli po raz pierwszy okazję spotkać się z przedstawicielami
tamtejszej polonii.
W królestwie porcelany
Podczas kilkugodzinnego pobytu w Pécsu, Zespół "Katowice"
miał okazję spotkać m.in. Grzegorza Kubala - dyrektora Podkarpackiej
Izby Gospodarczej, Cezarego Beczkiewicza - przedstawiciela ambasady
RP na Węgrzech. Koncertowi przyglądali się także przebywający na Węgrzech
polscy biznesmeni i artyści. Nie nam oceniać, komu występ podobał
się najbardziej. Jednak z całą pewnością, to właśnie przedstawiciele
węgierskiej polonii byli głównymi odbiorcami koncertu Zespołu "Katowice".
To dla nich członkowie Zespołu starali się jak najpiękniej zagrać,
zaśpiewać i zatańczyć repertuar przywieziony tu wprost z polskiej
ziemi. Był więc folklor Śląska, Beskidu Śląskiego, Zagłębia Śląsko-Dąbrowskiego,
Ziemi Cieszyńskiej, Krośnieńskiej i Rzeszowskiej. Była sztandarowa
"Szła dzieweczka", przy której rozśpiewali się prawie wszyscy
i była węgierska piosenka "Oz o sip", przy której rozśpiewali
się już dokładnie wszyscy. Jeśli miarą oceny tego koncertu może być
fakt, iż nasi gospodarze w Pécsu chcieli abyśmy zostali w tym mieście
przynajmniej dzień dłużej, można śmiało powiedzieć, że... koncert
podobał się! Plan naszego pobytu na Węgrzech był jednak aż nadto napięty
- tego samego dnia wieczorem mieliśmy już przecież dotrzeć do Budapesztu.
O dziwo, mimo nieprzespanej nocy spędzonej w autokarze, mimo koncertu,
tańczonego w trzydziesto paro stopniowym upale, Zespół miał jeszcze
dość siły, by - choć pobieżnie - zwiedzić Pécs. Wymieniany wśród czterech
najważniejszych miast węgierskich, pełen jest przepięknych zabytków,
z których najdobitniej czyta się historię tego miejsca. Miejsca, w
którym zjednoczyły się wpływy kultury wschodu i zachodu z tradycjami
tysiącletniego państwa.
To
właśnie tutaj znajdują się m.in. malowane komory grobowcowe na cmentarzu
starochrześcijańskim, uznane przez UNESCO za Dziedzictwo Świata, za
wartości godne ochrony.
Oczywiście trzeba by pobyć tu przynajmniej kilka dni, by dotrzeć do
tych wszystkich godnych uwagi miejsc, by poczuć prawdziwie śródziemnomorski
nastrój Pécsu. Czas jest jednak nieubłagany - nagli - od Budapesztu,
który jest ostatecznym celem podróży, dzieli nas nadal kilkaset kilometrów.
Wreszcie docieramy. Jest późny wieczór. Znaleźliśmy się daleko poza
centrum Budapesztu. Wąskie uliczki pełne są jednorodzinnych domków,
ogrodów, alejek. Pomiędzy nimi - niewielki pensjonat "Bajor Panzio".
Wita nas nasza rodaczka, mieszkająca na Węgrzech od kilkudziesięciu
lat - Ewa Słaba Rónayne, wice przewodnicząca Ogólnokrajowego Samorządu
Mniejszości Polskiej na Węgrzech.
Z wizytą u "królowej"
Rozpoczyna się nasz kilkudniowy pobyt w Budapeszcie - jednym z najładniejszych
miast świata, nie przypadkowo zwanym "Królową Dunaju". Zwiedzanie
- dopiero jutro, a na razie - zakwaterowanie. Pensjonat nas nie zawiódł,
szybko odnajdujemy się w tym niewielkim, ale jakże uroczym budynku.
Czujemy się tu jak u siebie - nic dziwnego - praktycznie wszyscy rozmawiają
tu z nami po polsku, jest miło, przytulnie, serdecznie. Pierwszy raz
od wyjazdu z Katowic mamy okazję się wyspać - już nie w autokarowym
fotelu, ale wygodnie - w łóżku. Nawet najbardziej wytrwali w końcu
poddają się - pensjonat spowija cisza.
Pierwszy dzień w Budapeszcie - piątek, 27 czerwca - śniadanie i...
koniec marzeń o leniwym odpoczynku. Dostajemy się pod "opiekuńcze
skrzydła" naszego przewodnika - Joanny Prisler - nauczycielki
historii, przedstawicielki węgierskiej poloni, mieszkającej w Budapeszcie
od 25 lat. Zanim przyjechała tu na stałe, uczyła w Zespole Szkół Przemysłu
Spożywczego w Poznaniu. Aktualnie pracuje w jednej z budapesztańskich
szkół specjalnych. Nasza wizyta, kontakt z Polakami, najwyraźniej
sprawiają jej wielką przyjemność. Czego najbardziej brakuje jej tutaj
- na Węgrzech? Okazuje się, że "polskiego nieba", ale jak
sama przyznaje - przywieźliśmy go trochę ze sobą.
Wita nas skapany w słońcu Budapeszt, dwumilionowe, pulsujące życiem
miasto. Wystarcza nam kilka chwil, by przekonać się, że jedyną rzeczą,
jakiej się tu nie uświadczy jest... nuda. Budapeszt - "Królowa
Dunaju". Nazwa ta, z pewnością nie jest przypadkowa. Dzięki wspaniałemu
położeniu, Budapeszt zalicza się do grupy najładniejszych miast świata.
Modry, szeroki i kręty Dunaj rozdziela górzystą pofałdowaną Budę od
płaskiego Pesztu. Znajdziemy tu groty, lecznicze źródła cieplicowe,
tereny pod ochroną. Wśród zabytków godny uwagi jest zarówno amfiteatr
z czasów rzymskich, jak i łaźnie tureckie, czy też architektura w
stylu węgierskiej secesji. Teatry, sale koncertowe, opera, kawiarnie,
kluby jazzowe - jeden dzień przeznaczony na zwiedzanie, to naprawdę
bardzo niewiele, jak dla tego miasta.
My jednak próbujemy zobaczyć jak najwięcej, a dzięki zapałowi i energii
naszej przewodniczki (pozazdrościć kondycji!) - w dużym stopniu się
nam to udaje. Naszej uwadze nie umyka więc najważniejsze miejsce Budy
- Wzgórze Zamkowe i Starówka (z placem św. Trójcy, kościołem św. Macieja,
Basztami Rybackimi i oczywiście dumą Budapesztu - Zamkiem Królewskim),
góra Gellerta, czy też wyspa Małgorzaty. Zwiedzamy Peszt, gdzie nad
brzegiem Dunaju dumnie wznosi się gmach Parlamentu; podziwiamy most
łańcuchowy z legendarnymi kamiennymi posągami lwów, zdobiącymi jego
przyczółki, a także most Elżbiety. Mamy szansę zobaczyć budański tunel,
wykonany w latach 1853-57, który połączył z przydunajską częścią miasta
małe osady rozsiane po drugiej stronie Góry Zamkowej (całkowita długość
tego tunelu wynosi 350 m, a wewnętrzna wysokość dochodzi do 10 m);
posąg Św.
Stefana
- założyciela państwa węgierskiego, perłę Zamku Królewskiego - studnię
Macieja, czy też Plac Bohaterów. Choć doceniamy wysiłki naszej przewodniczki,
której zależy abyśmy zobaczyli jak najwięcej, zmęczenie daje się nam
we znaki. I pomyśleć tylko, ile pięknych miejsc zostało nam tu jeszcze
do odkrycia! Choćby ruiny rzymskiego miasta cywilnego i miasta wojskowego
oraz pozostałości kąpielisk i ówczesnych przewodów wodnych (w Muzeum
w Óbudzie, wśród ruin miasta cywilnego zobaczyć można unikalne organki
wodne z 228 roku!), choćby zabytki okresu tureckiego, na czele ze
słynnym grobowcem tureckiego derwisza (uznano go świętym tureckim).
Dla tych, którzy chcieliby jeszcze dotrzeć tam, gdzie z grupą nie
dotarli, a także dla tych, którzy po prostu chcieliby leniwie posnuć
się po mieście - trzy godziny "czasu wolnego".
Nasz żywioł - koncert!
Kolejny dzień - sobota, 28 czerwiec - tym razem upływa nam pod znakiem
przygotowań do popołudniowego koncertu. Nawet nie wiemy, kiedy mija
tych kilka godzin. Jest 16.00, w jednej z budapesztańskich sal koncertowych
rozpoczyna się "Święto Węgierskiej Polonii", zorganizowane
przez Ogólnokrajowy Samorząd Mniejszości Polskiej na Węgrzech. Koncert
prowadzą nasi rodacy, mieszkający od lat na Węgrzech - dr Konrad Sutarski,
przewodniczący tejże organizacji oraz Ewa Słaba Rónayné - jej wiceprzewodnicząca.
Powitanie, wręczanie dyplomów, listów gratulacyjnych (o szczegółach
uroczystości nikt nas nie informuje) ciągną się nam w nieskończoność.
Chcemy już, by zaczął się koncert. I wreszcie się zaczyna. Tradycyjnie,
zaczynamy "Śląskiem", następnie - "Krosno", "Rzeszów",
"Beskid Śląski". Są też tzw. przerywniki. Bez nich trudno
wyobrazić sobie godzinny występ, gdzie tańce następują praktycznie
bezpośrednio po sobie. Dzięki przerywnikom mamy kilka minut na przebranie
się, ale i tak bez pomocy tych, którzy są mniej obciążeni układami,
trudno byłoby zdążyć. Koncert dobiega końca - sztandarową piosenkę
pt. "Szła dzieweczka" śpiewa z nami już cała widownia. Po
raz kolejny okazuje się, że drzemią w nas niespożyte siły - bankiet,
na który zostajemy zaproszeni po występie, przemienia się w koncert,
tyle że tym razem przede wszystkim śpiewany. Kiedy kończymy, jest
już późny wieczór, musimy wracać do hotelu. Pierzchają marzenia o
"Budapeszcie nocą" - autokar też musi "odpocząć",
zanim wyruszymy w drogę powrotną.
Nasza wizyta na Węgrzech dobiega końca. Choć byliśmy tu tak krótko,
wracamy bogatsi o kolejne wrażenia, wspomnienia, emocje. Bogatsi o
wiedzę o naszych "bratankach", o ich kraju, życiu, kulturze,
zwyczajach, historii. Może i szczątkowa ta wiedza, ale wystarczy,
by chcieć tu kiedyś powrócić.
BARBARA ROZKRUT




